Age Of Conan RPG

Prawdziwi spadkobiercy Conana

Ogłoszenie

12.03.2009: Nasze forum założone! Na MITRĘ udało się!!!... 26.03.2009: Formalnie i oficjalnie Bractwo zostaje założone a skromna wieść o tym ruszyła w świat...zaczęło się...

#1 2009-05-20 19:07:25

Qetu

Bractwo Trzech Słońc

Zarejestrowany: 2009-03-12
Posty: 228

Qetu

Qetu.
   Imię, które zawsze przysparzało mi problemów. Od małego byłem kłopotliwy. Tak przynajmniej twierdziła moja matka. Jeśli nie jesteś z Kraju Pustyni, pewnie to co piszę wydaje ci się niezrozumiałe, przecież imię to imię. Jest jakie jest. To, akurat wpłynęło na mój los, w kraju gdzie religia to życie. Nie chciałem  go. Będąc chłopcem przeklinałem ojca i matkę za ich chory żart. Dlaczego to uczynili? Nigdy nie odpowiedzieli mi na to pytanie. Ojciec nawet nie miał szansy. Kiedy miałem sześć lat,  ruszył w karawanie, jak zwykł czynić kilka razy do roku. Nigdy nie wrócił. Matka od tego czasu zamknęła się w sobie, a mnie traktowała jak dodatkowe brzemię. Oddała się modlitwom. Zawsze była religijna i bogobojna. Wtedy stała się kimś innym. Fanatykiem. Modliłem się pod jej okiem niemal całymi dniami. Nie wiedziałem po co to robię. Kazano mi. Za grzechy mówiła. Za to co zrobiłeś, i za to co zrobisz. Nic z tego nie rozumiałem. I chyba nigdy mnie nie kochała. Inne dzieci unikały mnie jak chorego. Czasem zdawało się, że już mnie akceptują. Byłem naiwny. Dorobek ojca rozpłynął się bardzo szybko, Matka dbała tylko o to by nasze szaty i przybory modlitewne, były w należytej kondycji. Mogłem żebrać, lub iść do pracy. Wybrałem pracę.  I to był błąd. Najmowano mnie do najgorszych prac. Moje imię było jak znamię. Czasem starałem się skłamać, lub udawać niemowę. Robiłem wszystko, aby zerwać tą etykietę pariasa. Nie będę rozwodził się nad tym, jak to się działo, ale nigdy w tej walce nie odniosłem zwycięstwa. Koniec był zawsze ten sam. Upokorzenie.
Kiedy miałem lat dwanaście moją wioskę nawiedził Sammum. Jeden z tych legendarnych, co połykają całe osiedla ludzkie.
To było piękne.
Tak wiem. Wielu ludzi zginęło, ale widok zbliżającej się ściany przeznaczenia był tak hipnotyzujący… Pierwszy raz czułem, że żyję, i jestem kimś wyjątkowym, pośród ludzi szalejących w przerażeniu. Widziałem wzrok matki gdy patrzyła na mnie z progu pośród tumultu i ryku wiatru. W jej oczach był strach. Śmiałem się i płakałem ze szczęścia. To było jak trans. Nie bałem się burzy.
Ona mnie oszczędziła. I tylko mnie. (…)

Moje imię to Qetu – „Czyniący Zło”, „Dziecię Pustyni”, „Dar odbierający nadzieję”… dla ciebie przyjacielu… jestem po prostu Qetu.

c.d.n.
http://img193.imageshack.us/img193/5732/qetuwnocynaschodachwity.jpg


What is best in life?- To crush your enemies, see them driven before you... and to hear the lamentation of their women!

Offline

 

#2 2009-05-28 14:02:30

Qetu

Bractwo Trzech Słońc

Zarejestrowany: 2009-03-12
Posty: 228

Re: Qetu

Po burzy, przyszła cisza. Ocknąłem się, i wygrzebałem z piachu ciało mojej matki. Pogrzebałem ją, tak jak nakazuje stygijski obrządek. Zasługiwała na to. Nie szukałem reszty mieszkańców, ale zabrałem to co mogłem i ruszyłem ku morzu. Pewien mędrzec zapytał mnie, czy nie szukałem, gdyż przekonany byłem o ich śmierci, czy też nie chciałem ich szukać, w sercu wydając na nich wyrok. Nie odpowiedziałem na to pytanie. Teraz, też nie odpowiem.
   Z tamtego okresu dobrze pamiętam nawoływania mew. Długo włóczyłem się po nadbrzeżnych pustkowiach i małych rybackich osiedlach. Widziałem miejsca piękne, jak i takie, które do dziś wzbudzają we mnie lęk. Dużo polowałem. Łuk stał się dla mnie przedłużeniem ręki. Opanowałem jego arkana, już w młodym wieku- przynajmniej wydawało mi się, że znam je dobrze. Późniejsze wydarzenia pokazały, jak bardzo jeszcze wiele musiałem się nauczyć. Zarabiałem polując na hieny i inne niemiłe ludziom dzieci pustyni. Niemal każdy hodowca na mojej drodze podróży, miał większe lub mniejsze problemy w których rozwiązaniu chętnie pomagałem. Dwa długie lata wędrowałem, czując wewnętrzną potrzebę czegoś nieokreślonego w mojej duszy. Nie wiedziałem czego szukam, ale miałem przeświadczenie, że kroczę po grzbiecie Wielkiego Węża- jak mawiają w Stygii o tych co wiecznie tułają się w poszukiwaniu celu. Miałem tylko nadzieję, że idę w dobrym kierunku. Ostatni dzień lata przyniósł odpowiedź. Był już wieczór, kiedy słońce ostatkiem sił spija powietrze przed zanurzeniem w królestwie ciemności. Wracałem z polowania, dumnie niosąc młodą antylopę dla tutejszego właściciela niewielkiej, acz dobrze prosperującej przystani przeładunkowej. Mijałem podróżnych handlarzy i pielgrzymów, którzy rozkładali namioty i szykowali się do wieczornych modłów dziękczynnych. Sam również czułem nieodpartą potrzebę modlitwy. W dogasającej łunie na zachodzie, pomiędzy gęstymi pasmami dymu z ofiarnych ogni, dostrzegłem oddalony od skupisk ludzkich, mały namiot. Nieopodal na spiczastej skale siedział człowiek. Nad nim płonął ogień. Odwróciłem wzrok kiedy dotarło do mnie położenie ognia. Ruszyłem tam czym prędzej, chcąc podziwiać sztukmistrza, jakim bez wątpienia człowiek ten mi się wydawał. Nie zwróciłem uwagi, na fakt, ze nikt inny nie interesuje się dziwnym zjawiskiem. Jak gdyby widywali je na co dzień. Nie pytałem. Urzeczony widokiem, szedłem ku swemu przeznaczeniu, jak ćma lecąca do światła.
Tamtego wieczoru stałem się częścią tajemnicy, która do dziś trawi moje zmysły. (...)

c.d.n.


What is best in life?- To crush your enemies, see them driven before you... and to hear the lamentation of their women!

Offline

 

#3 2009-07-05 16:44:46

Qetu

Bractwo Trzech Słońc

Zarejestrowany: 2009-03-12
Posty: 228

Re: Qetu

Stanąłem w cieniu skały. Z bliska okazała się wyższa niż przypuszczałem. Niosąc ciężkie ciało antylopy, byłem już zmęczony. Obszedłem skałę wokół aby znaleźć schody lub wygodniejsze miejsce do wspinaczki, jednak z każdej strony skała wydawała się równie niedostępna.  Rozglądałem się za dogodną kryjówką dla mojej zdobyczy, ale ostatecznie zrezygnowałem z tego zamiaru. Tłum pielgrzymów,  nierzadko biednych i wygłodniałych, najpewniej tylko na to czekał.
Patrząc z dołu na krawędź wierzchołka skały, dostrzec można było jedynie łunę pełgającego światła. Przemknęła mi myśl o zawołaniu człowieka siedzącego na szczycie, ale miałem przeczucie, że musi zajmować się medytacją lub czymś podobnym, ale równie ważnym. Wychowany w duchu pokory przed stanem kapłańskim, poczułem wewnętrzny nakaz ciszy. Przerzuciłem ciało antylopy na plecy, i postawiłem pierwszy krok na skale mojego przeznaczenia.
Kiedy dłonie namacały szczyt, słońce właśnie zatonęło na horyzoncie. Czułem piekący ból zdartych kolan i łokci, którymi  co rusz zawadzałem o ostre krawędzie skały, oraz własny pot wymieszany z krwią antylopy spływającej po plecach.  Leżąc na krawędzi skały, czułem jak świat ciemnieje mi w oczach od wysiłku.  Odpoczywałem tam dłużą chwilę, czekając aż serce przestanie dobijać się o wyjście z mojej piersi.
Niezdolny do powstania uniosłem głowę w kierunku światła. Niezwykły był to widok. Na środku szczytu siedział półnagi  wychudzony mężczyzna  o skórze gładkiej i bladej.  Niemal połyskliwej. Od pasa w górę jego ciało pokrywały różnokolorowe malunki.  Miał uniesioną głowę, a pomarańczowo malowane grube sploty włosów spływały na pierś dwoma pasmami po obu stronach ramion. Reszta  upięta była w kok, jak czynią to rybacy na wschodzie. Spod lekko rozchylonych ust snuł się błękitnawy ledwo dostrzegalny dym, który nad głową rozpalał się w jaskrawy płomień. W pewien niewytłumaczalny sposób był piękny w swoim dostojeństwie.  Podniosłem się powoli i podszedłem. Człowiek siedział na wyrysowanym kredą nieodgadnionym geometrycznym znaku.
Wpatrując się hipnotycznie w pląsający ognik nad głową medytującego, nie zauważyłem kiedy otworzył oczy  zakryte bielmem.
-Jaki dar przynosisz Synu Pustyni? Odezwał się głosem czystym i mocnym. Na jego ustach zagościł uśmiech, odsłaniający szereg złotych zębów. Ognik  przygasł.
-Czegóż sobie życzysz magu? Zaryzykowałem, choć byłem niemal przekonany, że to sztukmistrz. Ciepło i ciężar na moich plecach był odpowiedzią. Zrzuciłem antylopę przed oblicze niewzruszonej postaci.
-Przynoszę ci ten oto dar. Przyjmij go proszę magu. Wskazałem martwe zwierze. Brnąłem dalej po omacku szukając sensu jego słów. Czyżby był kapłanem jakiegoś zapomnianego bóstwa? Być może oczekiwał tu na kogoś.  Nie rozpoznawałem znaków ani rysunków na jego ciele, jak i tych wyrysowanych wokół niego.
Mag uniósł głowę wskazując mi miejsce przed sobą, abym usiadł.
-Dlaczego nazywasz mnie magiem? Nie jestem tym za kogo mnie bierzesz.
-A kim jesteś? Z oddali zauważyłem nienaturalny płomień nad twoją głową. Tylko magowie i kapłani są biegli w sztuce magii.
-Nie tylko oni. Odpowiedział po dłuższej chwili. Rozłożył szeroko chude żylaste ręce, a płomień nad jego głową rozrósł się i strzelił wysoko w niebo.
-Jestem latarnią na samotnej skale . Jedynym i ostatnim. Tkwię między ciszą  a światem. Ostrzegam i kieruję. 
-Jam jest Śniący Zox-eth-el!


c.d.n.


What is best in life?- To crush your enemies, see them driven before you... and to hear the lamentation of their women!

Offline

 

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
Rekrutacja na lidera PSP tego autora prace ziemne Złotów przewóz osób Piła poxipol wrocław